Co zdarzyło się w Lusinach

Poniedziałek, trzecia w nocy.
Ludziska mówią, że to godzina Demona.
I coś w tym jest, bo diabeł mnie chyba podkusił, aby wstać o tak nieprzyzwoitej porze, kiedy biali ludzie śpią, a tylko licho nie śpi, oraz ci, którzy tłuką w Wiedźmina trójkę.

Ale ja dziś chcę odwiedzić miejscowość o całkiem uroczej nazwie Lusiny. Położoną 60 kilometrów na północ od Olsztyna, pod Bartoszycami, i być tam o świcie, kiedy jeszcze noc kłóci się z dniem, a cywilizacja jest ciszą przytłumiona. Bo to najlepsza pora, aby się zagubić.
Zagubić się nieco w czasie.

Ruszam więc na północ, aby w połowie drogi zatrzymać się nad jakimś jeziorem.
Zorza jeszcze nieśmiała, jeszcze wstydliwie płaszczem mroku okryta, jeszcze płazy wilgotne, żabami potocznie zwane koncertują w najlepsze, jakby nic innego do roboty w życiu nie miały, a już pierwsze żurawie – strażnicy obwieszczają zbliżający się dzień. Odtąd już nie ma odwołania, to ostateczny sygnał, noc musi odejść. Jeszcze tylko szybki patrol kaczek nad głową i pojawia się świt.
Świteź.
Noc kryje się w ciemnej toni jeziora, na dno głęboko, zabierając ze sobą tajemnice, lęki i mary, a utopce, wiły, rusałki i całe to towarzystwo, które nocami kręci się nad jeziorami, rozpierzcha się przed Słońcem, z bóstw pradawnych najważniejszym. Od tej chwili Noc i Otchłań, już para nierozłączna kroczyć będą razem, zabierając na chwilę tamten czas.
Czas zapomnianych już od dawna legend, zakazanych przed wiekami wierzeń.
Jeszcze tylko lekka mgiełka, ostatnie nocy tchnienie, chłodnym wiatrem szybko skarcona.
Dzień.

Czas jechać dalej. Lusiny (niem. Losgehnen).
Maleńka miejscowość otoczona silnie zróżnicowanym krajobrazem. Jezioro, rzeczka, łąki, moczary, pola. Ptasi raj. Obłędna ptasia symfonia.

uzupełniające 058

IMG_3631[1]
Zimy w tym roku nie było, to i ptactwa część, jak co roku wyzdychać z głodu i chłodu nie raczyła. Selekcji naturalnej nie było. Na drzewach więc tłumy. Wrzask, jazgot, jakies bójki o laski, szczebiot, pisk, świergot czyli śpiew ptaków. Vögel gesang.
Wagelsandt, Vogelsangh, Wugelsanc, Vogelsanc, Vögelgesang. Tak w zależnosci od okresu i źródeł  brzmiała nazwa pierwszej, skromnej siedziby nad Wisłą, jaką pobudowali sobie Krzyżacy, kiedy wtargnęli na ziemie Prusów. Pierwszy gródek. Po łacinie cantus avium. Wszystkie te określenia oznaczały jedno: „Śpiew Ptaków”.
To pierwsza krzyżacka nazwa na tych ziemiach. Bowiem silne wrażenie na romantycznych krzyżackich duszach wywarła ilość ptactwa bytującego w tym regionie.
Taka kraina.
A kiedy rozpoczęli ekspansje, zaczął się śpiew mieczy i pisk ludzi.
Takie czasy.
Ale to już inna historia.

Wróćmy do Lusin. Dwór i folwark. Dwór prosty, klasyczny neoklasycyzm w swej prostocie piękny. Zaniedbany, obszarpany lecz pod dachem. Obecnie jest własnością braci R. największych obszarników w Polsce północno-wschodniej i posiadaczy kilku dworów i pałaców. Wyobraźnia podpowiada mi, iż obiekt odzyska jeszcze dawną świetność.

dwór lusiny poprawiony

IMG_4214[1]

IMG_3638[1]

IMG_4213[1]

dwór lusiny 2 poprawiony

IMG_3637[1]

 

uzupełniające 031

Ostatnim przedwojennym mieszkańcem dworu był dr Friedrich Tischler (1881-1945), jeden z najwybitniejszych niemieckich ornitologów, ożeniony z polską szlachcianką Rose von Kowalski (1884 – 1945), który zarządzał  majątkiem rodu Tischler.

tischler w lusinach poprawiony !!!

 

tischler i żona poprawiony

Lusiny były własnością rodziny Tischler od 1821 roku. Rodzina była to zacna. Osiadła od stuleci w Prusach Wschodnich, a wielu jej członków zajmowało się działalnością naukową, że wspomnę chociażby wuja ostatniego pana z Lusin, Otto Tischlera (1843-1891) uznawanego za ojca prahistorii Prus Wschodnich, brata Georga Tischlera (1878-1955) biologa, dyrektora Instytutu Botanicznego Uniwersytetu w Kilonii, czy bratanka Wolfganga Tischlera (1912-2007) profesora ekologii na Uniwersytecie w Kilonii. Była to rodzina, trzeba dodać o poglądach liberalnych, niekryjąca swej niechęci do narodowego socjalizmu.

IMG_3642[1]

Friedrich studiował prawo w Królewcu, Lipsku i Monachium. Był radcą sądowym w Lidzbarku Warmińskim (Heilsberg). Jednak jego pasją były ptaki. Od 1908 roku należał do Niemieckiego Towarzystwa Ornitologicznego.
W Lusinach znajdowała się jego biblioteka, archiwum, zbiory ornitologiczne, herbarium i kolekcja owadów. Urlopy spędzał w Instytucie Zoologii królewieckiej Albertyny lub w stacji ornitologicznej na Mierzei Kurońskiej. Był autorem dwóch monumentalnych dzieł o ptakach. W 1914 roku ukazała się Die Vögel der Provinz Ostpreussen (Ptaki Prowincji Prusy Wschodnie), a w 1941 roku Die Vögel Ostpreußens und seiner Nachbargebiete  (Ptaki Prus Wschodnich i obszarów sąsiednich), dwutomowe dzieło liczące 1304 strony ( i tylko 500 egzemplarzy). W spisie osób, które współpracowały z autorem, jest też wymieniony Włodzimierz Puchalski. Obydwie książki doczekały się współczesnych reprintów.

vogel11vogel22

Natomiast oryginalne, pierwsze wydania uchodzą za białe kruki, a ich ceny sięgają kilkunastu tysięcy złotych. Choć jak mówią znajomi ornitolodzy, przy odrobinie szczęścia można trafić oryginały za całkiem nieduży pięniądz w jakimś antykwariacie w Kaliningradzie lub na niemieckim flohmarkcie.

Już wysłałem listy gończe do mojej niemieckiej rodziny i rosyjskich przyjaciółek.

Za jego naukową działalność Stowarzyszenie Cesarza Wilhelma (najbardziej prestiżowa niemiecka instytucja naukowa, dzisiejsze Stowarzyszenie Maxa Plancka) mianowało go członkiem naukowym, zaś Uniwersytet w Królewcu uhonorował go tytułem doktora honoris causa. Badania do trzeciego tomu Die Vögel Ostpreußens und seiner Nachbargebiete prowadził między innymi w Puszczy Białowieskiej. Niestety gotowe do druku dzieło zostało zniszczone podczas bombardowań Królewca.
Tischler był tak pochłonięty swoimi badaniami, że nie bardzo wiedział co się wokół niego dzieje. Podczas pobytu w Puszczy Białowieskiej w 1942 roku niemiecka administracja odseparowała go od otoczenia kwaterując w carskim pałacu i pozwalając jedynie zajmować się ptakami, dbając o to aby nie dowiedział się o zbrodniach popełnianych przez okupanta w Polsce. Dopiero bombardowania Królewca w 1944 roku, przez Brytyjczyków otworzyły mu oczy na powagę sytuacji.

Poza swoim ptasim rajem w Prusach Wschodnich świata nie widział.

IMG_3640[1]

Ten raj skończył się zimą 1945 roku. Sowieci po wkroczeniu do Lusin rozstrzelali wszystkich mężczyzn. Lecz małżeństwo Tischlerów nie żyło już zanim pojawili się Rosjanie.

I tu pojawiają się różne wersje. Od samobójstwa popełnionego przez oboje małżonków, przy nie do końca jasnej roli służącego,  przez historię o zabiciu ich przez sługę, na ich wyraźną prośbę (cóż za absurd), aż po teorię o zwykłym morderstwie popełnionym na Tischlerach przez wspomnianego służącego. Znany mechanizm „śnieżnej kuli”.
Lecz nie dajmy się zwieść spiskowym teoriom i konfabulacjom. My trzymamy się wyłącznie faktów, a te ustalili polscy i niemieccy ornitolodzy, którzy odnaleźli zapomnianą mogiłę Tischlerów (pod koniec XX-tego wieku już nie istniała, namierzył ją biolog dr Eugeniusz Nowak, bowiem pamiętał jej lokalizacje z lat 60-tych), oraz ustawili tam pamiątkową tablicę w roku 1999, przywracając tym samym pamięć o Tischlerach.
Wiele informacji o tamtych wydarzeniach otrzymano od bratanka Friedricha Tischlera – prof. Wolfganga Tischlera.
A było to tak.
Friedrich Tischler zdając sobię sprawę z tego co ich czeka po wkroczeniu Sowietów, próbował wysłać żonę na zachód, sam jednak odmawiając ewakuacji twierdząc, że bez względu na wszystko, on nigdy nie opuści tych ziem. Jego żona postanowiła pozostać wraz z nim. 23 stycznia 1945 roku wysłał kartkę pocztową do swej rodziny w Kilonii z informacją, iż pozostają w Lusinach i zamierzają wspólnie odebrać sobie życie, aby nie wpaść w łapy Armii Czerwonej. Truciznę dostarczył znajomy lekarz.
Popełnili samobójstwo razem, najprawdopodobniej wieczorem 29 stycznia 1945, tuż obok położonego w lesie rodzinnego grobowca, po którym obecnie nic nie pozostało. I tam zostali pochowani.
A jaki w tym udział służącego? Owszem odegrał pewną rolę, lecz nie taką, jaką mu się powszechnie przypisuje. Był to właściwie woźnica dworski, Karol Hartwig, któremu Tischler polecił wykopanie grobu, pochowanie ich i wydał dyspozycje dotyczące folwarku. Z tym że grób miał być wykopany jeszcze przed popełnieniem przez nich samobójstwa. I tak się stało. Tak więc służący nie był zabójcą. Musiał  natomiast wykonać ostatnie polecenie swego chlebodawcy.
Ostatnie i najtrudniejsze zadanie.
Znamy nawet układ ciał po zgonie małżonków, lecz jest to interesujące wyłącznie dla patomorfologa. Dla nas istotne jest, iż małżonkowie Tischler razem byli do końca i razem odeszli na spotkanie z wiecznością, zanim dosięgło ich bestialstwo hordy, która nadciągnęła wraz ze wschodnim wiatrem…
W pewnym sensie było to piękne samobójstwo.

Chodzę po okolicznych łąkach, zbieram jakieś kwiaty na grób małżeństwa. Zajęcie to ryzykowne wielce. Dorosły, długowłosy facet zbierający kwiaty o poranku… ani chybi pedofil albo inny dżender. A chłop widłami nie chybia. Na szczęście operacja zrywania roślinności zostaje zakończona sukcesem. Idę więc do lasu, posiedzieć chwilę przy grobie Tischlerów, nad którym odbywa się koncert godowy ptaków, miłosnym szałem opętanych.
Pochwała życia.

IMG_3635[1]

IMG_3634[1]

Powrót.
Olsztyn, siódma rano.
Korki jak w Mediolanie, bo ktoś bez wyobraźni postanowił uszczęśliwić prowincjonalne miasto tramwajami. Bo duże miasta mają.
Na ulicach szarzy ludzie o smutnych, zaciętych twarzach, już nie jak w Mediolanie.
Bo poniedziałek, bo do roboty.
Ach, przypominam sobie, jestem już w Polsce, w XXI wieku…
Jakaś stacja benzynowa, zepsuty kompresor, za to nie zepsute głośniki atakujące przebojem popularnym, lecz w swym artystycznym wyrazie uwłaczającym ludzkiej inteligencji. Wewnątrz skwierczą parówy. Baba przede mną bierze trzy hot dogi. Z opakowania wódki, na półce łypie na mnie beznadziejnie kartoflana twarz aktora Karolaka.
– „punkty pan zbiera?”
Kuuurrrrwaaa!!!
I już chcę wrócić do Lusin, na te łąki, nad tę rzekę. Gdzie nie ma parówy i Karolaka.
I wrócę niedługo. Muszę się tylko nauczyć jak ćwierka trznadel, a jak robi sowa.
Bo to duża frajda jest.

uzupełniające 053

Lusiny, maj 2015 rok.


Współczesne wydanie Die Vögel der Provinz Ostpreussen  już zamówiłem, bo choć dzieło jest w języku mocno niepolskim, uważam, że ta pozycja powinna się znaleźć w mojej bibliotece. Mam nadzieję, że zdobycie oryginału jest tylko kwestią czasu.
Czasu, w którym się czasem gubię.

12 thoughts on “Co zdarzyło się w Lusinach

  1. Panie Grzegorzu przez wiele lat mieszkając w Bartoszycach jako dzieci myszkowalismy po okolicy. Przez poligon do Lusin przysłowiowy rzut beretem jednak nic nie wiedziałam i nie słyszałam na temat byłych mieszkańców Z wielkim zaciekawieniem przeczytalam Pana artykuł i na pewno przekażę dalej
    Serdecznie dziękuję czekam na więcej

    1. Postać Friedricha Tischlera nie jest zbyt szeroko znana. Wszak to Niemiec. Nie bardzo chcemy pamiętać o byłych mieszkańcach tych ziem. Życie i dorobek Friedricha Tischlera zna garść biologów, a nazwisko Tischler kojarzą też archeolodzy, w związku z Otto Tischlerem. Spotkać możemy jakąś wzmiankę o tragedii w Lusinach, na różnych forach „poszukiwaczy tajemnic” Warmii i Mazur… Lecz tak jak pisałem, przeważnie są to wykreowane historie, które cały czas ewoluują.

  2. Panie Grzegorzu,ale mnie Pan zaskoczył .Z wielką przyjemnością przeczytałam piękne teksty o historii tych terenów- chyba już moich-mieszkam tu 40 lat. Pisze Pan pięknym językiem,widzę oczami wyobraźni leśne dukty,zasnute mgłą jeziora,jakieś błędne ogniki,słyszę rechot żab i śpiew ptaków. Przeniosłam się na chwilę w inny świat,świat przyjazny,wyciszony,refleksyjny – dziękuję i czekam na więcej! Ma Pan dużo talentów!Pozdrawiam serdecznie – Maria Lubieniecka -mama Maćka.

    1. Cieszę się, że mogłem „zabrać w podróż” do nieco już zapomnianego świata…Mam nadzieję, że będę dostarczał informacji wykraczających poza sztampowe wiadomości zawarte w popularnych przewodnikach. Informacji dotyczących jednego z najbardziej fascynujących regionów w Europie…

Dodaj komentarz