Kolumna kalska, czyli o tym jak diabeł rozpustników pokarał

 

W północnej części Wielkich Jezior Mazurskich, nieco poniżej miasta Węgorzewa, od północy wcina się w jezioro Mamry półwysep.
Kalskim zwany.
U podnóża półwyspu jest cmentarzyk a na cmentarzyku stara ceglana kolumna.
Kalską zwana.
Zapomniany ten zabytek, miał  przypominać o jeszcze bardziej zapomnianej historii, która wstrząsnęła Prusami kilkaset lat temu. Tak sobie mu to wychodzi, więc przypominam ją ja.


Cmentarzyk, położony tuż za rogatkami miasta Węgorzewa, pochodzi z XIX wieku. Ceglana kolumna natomiast liczy sobie ponad 400 lat i stała tu dawniej samotnie na wzgórzu, ówcześnie za miastem.

kolumna kalska -półwysep

kal1aa
Osobliwy ten obiekt postawiono w drugiej połowie XVI wieku, na pamiątkę tajemniczej tragedii, która tu miała miejsce i ku przestrodze. Miał przypominać, że diabeł po Mazurach hula i jest czujny.
Legenda mówi o tragicznie zakończonej miłości dwóch braci i dwóch sióstr, a właściwie ich rozpuście.

kolumn akalska b
A  było to tak.
W wieku XVI-tym, w miejscu tym, wtedy sporo za miastem istniała tzw. „czarna łaźnia”. Co prawda w owych czasach higiena nie należała do spraw najistotniejszych, a łaźnie kojarzone są raczej z kultura litewską, lecz pogranicze ze wschodem oraz unoszący się ciągle nad tymi ziemiami duch pogaństwa, sprawiały iż takie przybytki się zdarzały, a nikła znajomość takich obiektów w świecie zachodnim, miała  w powstaniu legendy swój udział.
Kościół dbający głównie o czystość duchową, krzywym okiem patrzył na tego rodzaju obiekty, twierdząc że w łaźniach nocami harcują diabły i czarownice. Co nie przeszkadzało miejscowej młodzieży, w tajemnicy korzystać z kąpieli, oraz z innych uciech oficjalnie zakazanych. I takie party odbyło się tu w roku 1564-tym, prawdopodobnie w Noc Swiętojańską.
Do łaźni miały się więc udać dwie pary. Legendy mówią iż były to pary mieszane; polsko -niemieckie (dwóch Niemców, dwie Polki, lub odwrotnie). Ale jest to wątpliwe, gdyż  wydaje się być pokłosiem, pewnej formy poprawności politycznej, która już obowiązywała w owych czasach. Z tymi braćmi i siostrami to również, jak się okazuje, bujda.
Biesiadnicy zaopatrzyli się w okowitę celem konsumpcji tejże, oraz celem ułatwienia konsumpcji swoich związków. Źródła milczą o tym w jakich konfiguracjach. Bibka mogła być przednia – skończyła się tragicznie. Ich bezwstydnie nagie zwłoki znaleziono w łaźni po wielu dniach, w zamkniętym od środka budynku.  Wszyscy byli poduszeni przez Lucyfera, który nie mógł pozwolić na taką bezkarną sodomie i postanowił interweniować. Świadkowie na własne oczy widzieli dzieło diabła, nagie ciała bez śladów ran,  mnóstwo piekielnej smoły w budynku, a także czuli  wyraźny zapach siarki.  Jednemu z uczestników libacji diabeł naderwał nawet dłoń która wisiała na żelaznej sztabie na drzwiach. Tak zapisano w ówczesnych protokołach. Przeprowadzone wówczas śledztwo wykluczyło udział czynników ziemskich, a historia ta odbiła się wówczas szerokim echem, nie tylko w Prusach, ale i w Europie, szeroko rozpisywała się o tym ówczesna prasa, grzmiano na ten temat z ambon kościołów, a o historii tej pamiętano przez długie dziesięciolecia (o wydarzeniu tym raczył nawet wspominać, jeszcze w 1809-tym roku, w swym pamiętniku książę koronny Fryderyk Wilhelm, późniejszy król Prus Fryderyk Wilhelm IV).
Łaźnie spalono, grzeszników  wrzucono ponoć do bagna,  zbudowano kolumnę z przestrogą (sentencją w języku polskim, niemieckim, litewskim i po łacinie, autorstwa W. Brafusa, zwolennika teorii o piorunie, jako przyczynie śmierci), a miejsce te przez stulecia uważano za przeklęte.

kal3aa
Dopiero w XX-estym wieku historycy postanowili wyjaśnić te zagadkę. I wyjaśnili. Założyli oni mianowicie rzecz niesłychaną: że diabeł nie istnieje!
Po analizie dokumentów oraz dostępnych publikacji z tamtych lat wyszło na jaw iż sprawcą śmierci rozpustników był ktoś znacznie groźniejszy niż kopytonogi kumpel Nergala.
Zabójcą okazał się tlenek węgla, czyli czad.
Zbrodniarz zupełnie wówczas nieznany.
Pokryta czarną sadzą, prymitywna  łaźnia pozbawiona była wentylacji. Wysoka temperatura oraz wypity alkohol uśpiły czujność ofiar.
A skąd ręka na klamce? Jeden z lubieżników w amoku chwycił  gorącą sztabę, czy jakiś żelazny element. Silne oparzenia sprawiły że na żelazie pozostały resztki naderwanej skóry dłoni. Ludzka wyobraźnia oraz umiejętnie podsycany przez Kościół zabobon dopowiedziały resztę i kazały winić za to diabła, który znowu okazał się niewinny.
Potrzeba było więc ponad czterech wieków aby okazać, iż tragedia była skutkiem wypadku, a rogaty z widłami po Mazurach jednak nie stąpał.
Albowiem region ten jest od zawsze domeną innej kosmatej i ogoniastej postaci. Niejakiego Kłobuka. Postaci o tyle złośliwej co rubasznej. Osobnik ów, regularnie dokarmiany (tradycja mówi, że wprost przepada za jajecznicą na słoninie) krzywdy nijakiej ludziom nie czyni, a w gospodarce czasem dopomóc potrafi. Tak jak dopomógł trzy lata temu staremu Grzelakowi spod Ełku, któremu Unia dotacji na nowy traktor poskąpiła, a któremu Kłobuk 30 hektarów gruntu własnymi pazurami zaorał i obsiał.
Dawniej miejscem gdzie można było zakupić Kłobuka, był jarmark w Świętej Lipce. Nie wiem, gdzie obecnie można pokrakę nabyć, ale pewnym jest że stwory te istnieją i służą ludziom.
Bo Kłobuk od stuleci towarzyszył Warmiakom i Mazurom w tworzeniu trudnej historii tych ziem. Pozwalając w ciężkich czasach uciekać w krainę baśni i legend.
A jeśli ktoś nie wierzy że Kłobuk istnieje, wystarczy wieczorem wyłączyć telewizor i wyjrzeć przez okno. Na pewno uda się dojrzeć niedużą, włochatą postać skaczącą z dachu na dach. W poszukiwaniu psoty lub michy pełnej jajecznicy na słoninie.

kolumna kalska a
Jest też inna, bardziej nam współczesna odsłona historii kalskiej kolumny. W latach 40-stych dwudziestego wieku, dwóch braci Mazurów spod Węgorzewa, siłą wcielonych do niemieckiej armii, odmówiło wykonania rozkazu. Mógł to być rozkaz wykonania egzekucji na niewinnych ludziach, nie mamy niestety informacji na ten temat. Oczywistym było, że zostaną za to skazani przez sąd polowy na karę śmierci. Tak też się stało. Jednocześnie dostali przepustki, aby mogli pożegnać się z rodziną, choć głównym zamysłem wojskowych było to, aby mieszkańcy rodzinnej wsi dowiedzieli się bezpośrednio od skazanych, czym grozi bunt. Zaiste szatańskie zagranie. W razie gdyby nie wrócili z przepustek, śmierć miała spotkać rodzinę i  zapewne zgodnie z tradycją również mieszkańców wsi. Bracia z przepustki wrócili, wyrok został wykonany.
Siostra ich, przez lata opiekowała się kalską kolumną, traktując ją jako wotum pamięci po zamordowanych braciach. Przy pomocy prostych, powierzchniowych metod starała się zabezpieczać  jedyną zachowaną , niemiecką już tylko sentencje. Dzięki niej można dziś odczytać oryginalny napis. Lecz tylko ze zdjęć.

słup

słup1

Kilka lat temu odświeżono  kolumnę, przyczepiając  doń nowe tablice, które miały wabić turystów, jak i oczywiście ostrzegać, że grzeszna miłość bez boga, a w towarzystwie okowity do niczego dobrego nie prowadzi.
Coś mi się widzi, że i jedno i drugie zadanie tychże tablic średnio się jednak udaje.

kal5

kal4

kal8

kal6

Kal (Kehlen), luty 2013 rok.

————————————————————————————————————-

Na podstawie min; Stanisław Jasiński,  Kolumna ceglana w Kalu k. Węgorzewa – przyczynek do historii obiektu. Warmińsko-Mazurski biuletyn konserwatorski III 2001

 

Dodaj komentarz